Pamiętam ten dzień głównie dlatego, że nic się w nim nie udało. Obudziłem się o wpół do drugiej po południu, bo znowu zasnąłem o piątej nad ranem, przewijając bez sensu jakieś filmiki w telefonie. W kuchni zostały dwie kromki chleba i resztka masła, którą wygrzebałem nożem z rogu opakowania. Na biurku piętrzyły się nieotwarte listy, a jeden z nich, ten z czerwonym paskiem, leżał tam już trzeci tydzień. Wiedziałem, co w nim jest. Właściwie wiedziałem wszystko, co powinienem zrobić, i to była najgorsza część — ta świadomość, że wystarczyłoby wstać, zadzwonić, napisać, cokolwiek. Ale zamiast tego usiadłem przed laptopem i wpisałem
kasyno epicstar, sam nie do końca wiedząc po co. Może po to, żeby przez godzinę nie myśleć o niczym innym.
Nie byłem typem gościa, który gra. Nigdy nie wchodziłem do salonów gier, nie obstawiałem meczów, nawet zdrapki kupowałem raz na pięć lat, jak ktoś mi je wciskał na stacji benzynowej. Ale w tamtym okresie wszystko mnie przytłaczało. Zerwałem z dziewczyną w kwietniu, w pracy zwolnili połowę działu i zostałem sam z zadaniami trzech osób, a ojciec znowu zaczął dzwonić po nocy z tym swoim głosem, którego nie znosiłem. Nie chciałem o tym myśleć. Nie chciałem czuć. I gdzieś w tym wszystkim pojawiła się reklama, jedna z tych nachalnych, która wskakuje ci na ekran, kiedy próbujesz zamknąć artykuł. Kliknąłem odruchowo, żeby ją wyłączyć. Zostałem na dwie godziny.
Na początku było po prostu dziwnie. Nie wiedziałem, co robić, gdzie klikać, co obstawiać. Wpłaciłem sto złotych, bo tyle akurat miałem na koncie i uznałem, że to i tak pieniądze, których nie zauważę. I faktycznie ich nie zauważyłem — zniknęły w jakieś dwadzieścia minut. Czułem się głupio, jak dziecko, które właśnie wrzuciło kieszonkowe do studzienki. Zamknąłem laptopa, poszedłem spać o dwudziestej pierwszej, co mi się nie zdarzało od liceum. A następnego dnia, w środku nudnego zebrania, złapałem się na tym, że zamiast słuchać szefa, myślę o tym, czy sto złotych to była za mała kwota. Że może problem nie był w grze, tylko w tym, że za szybko się poddałem.
Wróciłem do kasyno epicstar trzy dni później. Tym razem inaczej — spokojniej, bez pośpiechu. Przeczytałem zasady, obejrzałem kilka gier, wybrałem jedną, która nie wyglądała na zaprojektowaną specjalnie po to, żeby mnie ogłupić. I coś zaczęło się układać. Nie chodzi o to, że od razu wygrywałem. Wręcz przeciwnie, pierwszy wieczór skończyłem na minusie i śmiałem się sam do siebie, bo przecież dokładnie tego się spodziewałem. Ale po raz pierwszy od miesięcy robiłem coś, co mnie wciągało na tyle, żeby nie myśleć o listach, o ojcu, o pustym mieszkaniu. To brzmi głupio, kiedy to mówię na głos. Wiem. Ale wtedy to było jak oddech.
Z czasem przestałem traktować to jak ucieczkę, a zaczęło to przypominać coś w rodzaju rytuału. Siadałem wieczorem, parzyłem herbatę, wyłączałem powiadomienia. Nie grałem, żeby wygrać życie. Grałem, żeby odzyskać dwie godziny spokoju. I powiem szczerze — kilka razy udało mi się wyciągnąć coś więcej niż tylko spokój. Raz trafiłem na serię, która zwróciła mi wszystkie wcześniejsze wpłaty i jeszcze coś zostawiła. Siedziałem wtedy na podłodze w kuchni, bo krzesło wydawało mi się za daleko, i patrzyłem na ekran z otwartymi ustami. Nie krzyczałem. Nie skakałem. Po prostu śmiałem się cicho, trochę jak wariat, trochę jak ktoś, komu ktoś właśnie powiedział, że jednak nie wszystko jest spisane na straty.
W kasyno epicstar nauczyłem się czegoś, czego nie spodziewałem się nauczyć w takim miejscu — że granica między ucieczką a odpoczynkiem jest cieńsza, niż myślałem, i że sam ją wyznaczam. Kiedyś siadałem do gier, żeby zniknąć. Teraz siadam, żeby odetchnąć. To dwie różne rzeczy, choć na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie. Nie mówię, że to terapia. Nie mówię, że to rozwiązało moje problemy. Listy dalej leżą na biurku, choć w końcu otworzyłem ten z czerwonym paskiem. Ojciec dalej dzwoni po nocy, choć częściej odbieram. Ale wieczorami mam coś, co jest tylko moje, i to wystarczyło, żeby przestać udawać, że wszystko jest w porządku — i wreszcie zacząć coś z tym robić.