Nikt nie planuje zostać tym facetem, który w środku nocy siedzi sam w obcym mieście i klika w
vavada kasyno. A ja właśnie nim byłem. Miałem czterdzieści dwa lata, walizkę na kółkach, pokój w tanim hotelu pod Hamburgiem i kontrakt na montaż linii produkcyjnej, który miał potrwać sześć tygodni. Brzmi jak normalna robota, prawda? Tylko że w domu zostawiłem żonę, z którą od roku rozmawiałem głównie o rachunkach, i córkę, która przestała odbierać moje telefony. Nie kłóciliśmy się. To było gorsze. Po prostu ucichło. A ja zamiast to naprawiać, wyjechałem za granicę, bo łatwiej było udawać, że problem zniknie, kiedy nie patrzę mu w oczy.
Pierwsze dni w hotelu były okropne. Po robocie wracałem do pokoju z brązową wykładziną i telewizorem, który miał trzy kanały po niemiecku. Jadłem kebaba na łóżku. Piłem piwo z puszki. I gapiłem się w sufit. Któregoś wieczoru, przeglądając jakieś gówniane forum dla Polaków pracujących za granicą, trafiłem na wątek o kasynach online. Ktoś pisał, że vavada kasyno ma bonus na start i że można sobie pograć bez wychodzenia z łóżka. No i co miałem robić? Wyjść na miasto? Do kogo? Wszyscy na budowie mówili po turecku albo po rumuńsku. Więc zarejestrowałem się. Ot tak. Z nudów. Z bezradności. Z tej ciszy, która mnie zjadała od środka.
Pierwsza noc była żałosna. Wpłaciłem pięćdziesiąt euro, które akurat miałem w portfelu, i przegrałem wszystko w ciągu piętnastu minut. Piętnaście minut i po kasie. Pamiętam, że roześmiałem się gorzko, sam do siebie, w tym pustym pokoju. Bo to było takie przewidywalne. Taki jestem przecież w życiu – zawsze stawiam na złą opcję. W pracy haruję, a i tak szef mnie nie zauważa. W domu byłem, a i tak mnie nie było. Więc czemu miałbym wygrywać w grze? Zamknąłem laptopa i poszedłem spać z poczuciem, że jestem największym frajerem na tym kontynencie. I wiesz co? To poczucie było znajome. Prawie przyjemne. Bo przynajmniej coś czułem.
Następnego dnia wróciłem. Nie musiałem. Ale wróciłem. I tym razem nie wpłacałem już bezmyślnie. Zacząłem czytać. Serio, siedziałem z telefonem w jednej ręce i laptopem w drugiej i czytałem o zasadach blackjacka, o tym, jak działa ruletka, o tym, co to jest RTP. Brzmi jak nerdostwo, wiem. Ale to mnie wciągnęło. Nagle vavada kasyno przestało być automatem do wyrzucania pieniędzy, a stało się czymś w rodzaju łamigłówki. Czymś, co miało zasady. A jeśli coś ma zasady, to można to ogarnąć. W przeciwieństwie do mojego małżeństwa, w którym zasady zmieniały się co tydzień, a i tak zawsze wychodziłem na tego złego. Przy stole do blackjacka byłem tylko ja i krupier. Proste. Uczciwe. Jasne.
Trzeciego wieczoru wydarzyło się coś dziwnego. Zacząłem wygrywać. Najpierw drobne kwoty. Dwadzieścia euro. Czterdzieści. Potem przyszła jedna ręka, w której postawiłem więcej, niż powinienem, i wygrałem dwieście. A potem jeszcze raz. I jeszcze. Siedziałem na tym hotelowym łóżku o drugiej w nocy i śmiałem się jak dziecko. Poważnie. Śmiałem się tak, że aż mnie brzuch rozbolał. Nie chodziło nawet o te pieniądze, choć dwa tysiące euro to była wtedy dla mnie suma, o której mogłem tylko pomarzyć. Chodziło o to, że po raz pierwszy od nie wiem ilu miesięcy poczułem, że coś mi wychodzi. Że jestem w czymś dobry. Że nie jestem tylko tym zmęczonym facetem, który przyjeżdża na budowę i wraca do pustego pokoju. Byłem kimś, kto potrafi wygrać. Głupie, prawda? Ale w tamtej chwili to było najważniejsze uczucie na świecie.
Nie chcę, żebyś pomyślał, że się uzależniłem. Bo nie. Wręcz odwrotnie. Po tym tygodniu vavada kasyno stało się dla mnie czymś w rodzaju wieczornej kawy. Siadałem, grałem pół godziny, czasem wygrałem, czasem przegrałem, i szedłem spać. Ale najważniejsze stało się coś innego. Zacząłem dzwonić do domu. Najpierw do córki. Krótko, niezręcznie, o niczym. Potem do żony. I wiesz, co się okazało? Że ona też nie wiedziała, jak zacząć. Też siedziała wieczorami sama i też nie miała odwagi zadzwonić pierwsza. Ta gra, te wieczory przy vavada kasyno, jakoś mnie odblokowały. Nauczyły mnie, że można usiąść do czegoś niepewnego i po prostu spróbować. Bez gwarancji. Bez planu. Jak przy stole, gdzie nie wiesz, co przyjdzie, ale i tak decydujesz się zagrać.
Wróciłem do Polski po siedmiu tygodniach, nie po sześciu. Zostałem dzień dłużej, żeby dokończyć robotę. I przywiozłem ze sobą trochę pieniędzy, które wygrałem, ale przede wszystkim przywiozłem coś, czego się nie spodziewałem – spokój. Nie taki wielki, nie taki święty. Po prostu spokój faceta, który przestał uciekać na chwilę i zobaczył, że w domu nie czeka na niego wróg, tylko druga osoba, która też się boi. Do dziś czasem wieczorem odpalam vavada kasyno. Nie po to, żeby uciec. Po to, żeby przypomnieć sobie, że nawet kiedy wszystko wygląda na przegrane, można jeszcze zagrać jedną rękę. I czasem, zupełnie niespodziewanie, ta ręka okazuje się wygrana.