Pamiętam ten listopad. Nie dlatego, że był wyjątkowo zimny, chociaż był. Pamiętam go, bo zostałem sam w mieszkaniu po babci, z kotem, który mnie nienawidził, i z pracą, którą mogłem wykonywać w kapciach. Brzmi jak marzenie, prawda? Wcale nie. Siedziałem tak dzień w dzień, gapiąc się w sufit i słuchając, jak grzejnik syczy melodię mojej porażki. Wtedy po raz pierwszy trafiłem na
vavada kasyno. Nie przez reklamę, nie z ciekawości. Po prostu pewien kumpel z dzieciństwa napisał na czacie: „stary, wbij, zobaczymy, czy masz farta”. Wbiłem. I zostałem dłużej, niż planowałem.
Na początku traktowałem to jak zapchajdziurę. Coś, co wypełnia ciszę między jednym a drugim odcinkiem serialu. Wrzuciłem dwadzieścia złotych, potem następne dwadzieścia, potem jeszcze trochę. Nie szło. Wręcz przeciwnie – szło tak źle, że zacząłem się śmiać z samego siebie. Bo co za idiota przegrywa pieniądze, których nie ma, na automatach, których nie rozumie? Ale to nie było śmieszne. To było gorzkie. Bo tak naprawdę nie grałem o kasę. Grałem o coś zupełnie innego. Grałem o to, żeby przez chwilę nie myśleć o tym, że nie mam pojęcia, co dalej robić z życiem. Że mama dzwoni codziennie i pyta, czy szukam pracy, a ja mówię, że tak, chociaż nawet nie otwieram laptopa w tym celu. Że znajomi gdzieś się rozjechali, pozakładali rodziny, a ja zostałem w tym mieście jak ostatni relikt przeszłości.
I wtedy, któregoś wieczoru, zupełnie przypadkiem, wpadłem na stolik z blackjackiem. Nie miałem pojęcia o zasadach. Kompletnie. Ale krupier, a właściwie krupierka, bo to była kobieta o głosie, który brzmiał jakby paliła trzy paczki dziennie, napisała na czacie: „siadaj, nauczę cię”. I tak zaczęła się moja najdziwniejsza znajomość ostatnich lat. Gadałem z nią o pierdołach, o pogodzie, o tym, że dorsze w Bałtyku już nie są takie jak kiedyś, a ona śmiała się i mówiła, że mam typowo polski pesymizm. Śmiałem się i ja. I wtedy, nie wiem jak, nie wiem dlaczego, zacząłem wygrywać. Najpierw małe kwoty. Potem większe. Nie jakieś miliony, nie oszukujmy się, ale na tyle duże, że przestałem się bać otwierać koperty z rachunkami.
Vavada kasyno stało się moim azylem. Nie dlatego, że dawało mi pieniądze, chociaż to też. Stało się miejscem, gdzie ktoś mnie zauważał. Gdzie nie byłem tym chłopakiem, który zawalił studia i wrócił do rodzinnego miasta z podkulonym ogonem. Gdzie byłem po prostu graczem. Kimś, kto siada do stołu i próbuje. A to, że czasem przegrywał – no cóż, przegrywać też trzeba umieć. Nauczyłem się tego dopiero tam. Bo wcześniej myślałem, że przegrana to koniec świata. A tu proszę – przegrywasz, wstajesz, idziesz po herbatę, wracasz i grasz dalej. I nikt cię nie ocenia. Nikt nie pyta, co robisz ze swoim życiem. Po prostu jesteś.
Pewnego dnia, a była to sobota, bo pamiętam, że sąsiad z dołu znowu wiercił w ścianie, postanowiłem zagrać na poważnie. Nie na jakieś tam grosze. Zebrałem to, co wygrałem przez ostatnie tygodnie, i postawiłem wszystko na jedno rozdanie. Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Ręce się pociły. Kot patrzył na mnie z pogardą, jakby wiedział, że zaraz zrobię coś głupiego. I zrobiłem. Postawiłem. Krupierka napisała: „odważnie”. A ja odpisałem: „albo grubo, albo wcale”. I wtedy karty się odwróciły. Wygrałem. Nie jakoś spektakularnie, ale na tyle, że mogłem odetchnąć. Że mogłem powiedzieć sobie: dobra, może nie jestem wrakiem człowieka. Może jeszcze coś ze mnie będzie.
I wiecie co? To nie był moment, w którym postanowiłem rzucić wszystko i zostać zawodowym graczem. Broń Boże. To był moment, w którym zrozumiałem, że vavada kasyno to nie ucieczka. To przystanek. Miejsce, w którym można odsapnąć, pośmiać się z własnej głupoty, przegrać, wygrać, pogadać z kimś, kto nie oczekuje od ciebie życiowego planu na najbliższe pięć lat. I wrócić do rzeczywistości z nową energią. Zacząłem sprzątać mieszkanie. Zapisałem się na kurs online. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem, że wszystko u mnie w porządku. Nie kłamałem. Naprawdę było w porządku.
Dziś, kiedy ktoś mnie pyta, czy grałem kiedykolwiek w kasynie, odpowiadam: grałem. I nie żałuję. Bo to nie było o pieniądzach. To było o tym, żeby przestać uciekać od siebie samego. I chociaż brzmi to jak tani slogan z broszury motywacyjnej, to prawda. Czasem trzeba przegrać kilka rund, żeby zrozumieć, że życie to nie ruletka. Życie to blackjack. Czasem dobierasz, czasem pasujesz. A czasem po prostu siedzisz i patrzysz, co przyniesie kolejna karta. I to jest w porządku. Naprawdę w porządku.